Super pomysłowość- wielkie kłopoty…

Zastanawiam się czy to tak tylko u nas jest, czy również w innych krajach. Mogę tylko gdybać, że to Polska jest taka „wyjątkowa”, bo nie mam doświadczenia z innymi państwami. Zmora księgowych- czyli jakby nie było również moja- prawidłowe faktury..
Głupotą, jakże bardzo przeszkadzającą są faktury ze stacji paliw. Cienki pasek wyglądający jak trochę większy paragon to kolejny wymysł coraz bardziej spędzający sen z powiek księgowym. Pomijając fakt, że strasznie niewygodnie się je dekretuje, księguje i wpina do segregatora to jego trwałość jest kolejną wątpliwa sprawą. Papier tych faktur jest o wiele cieńszy a tusz blaknie, a przecież dokumenty muszą być przechowywane przez 5 lat. W celu zapewnienia odczytania faktury kseruję ją i ksero podpinam pod oryginał, jednakże znowu w myśl Ustawy o rachunkowości jak oryginał wyblaknie to ksero nie stanowi dowodu księgowego, i podejrzewam, że można by się kłócić z organem kontrolującym a to i tak byłaby walka z wiatrakami…
Jeszcze jednym nonsensem jest ulga rehabilitacyjna dla osób niepełnosprawnych odliczana w rocznym zeznaniu. Dokładnie jedna sytuacja a mianowicie wydatki limitowane jest nie dla wszystkich jasna Wczytując się w Ustawę można wnioskować, że nie  trzeba dokumentować wydatków, które są odliczane limitem chociażby wydatki na paliwo w wyniku dojazdów na rehabilitację. Co roku tłumaczę klientom, że owszem, nie trzeba mieć rachunków udowadniających wydatek ale również nie można ulgi odliczyć jeśli wydatek nie został poniesiony. Ustawa mówi, że wydatek musi być poniesiony i odliczony w kwocie wydatkowanej, jednak nie wyższej niż mówi limit, a w razie kontroli skarbowej należy udowodnić, że taki wydatek był poniesiony. I tu kolejna sprzeczność:  jak można nie wymagać dowodów poniesienia kosztów a później już wymagać bo przecież udowodnić trzeba. Zalecam klientom jednak zbieranie dowodów poniesionych kosztów, by później nie mieć niepotrzebnych problemów i stresów, ale ileż to ludzi pewnie popełnia błędy, bo w końcu księgowym często jest trudno zinterpretować przepisy a co dopiero ludziom niepracującym w tej branży…
Takich „baboli” jest pełno i zaczynam się zastanawiać, czy nie są robione specjalnie by uprzykrzyć życie podatnikom i jeszcze bardziej ich obciążyć kosztami…
A jeżeli nie jest to celowe to śmiało stwierdzam, że Polska nie jest gotowa na podążanie do przodu za „Zachodem” bo niestety u nas podatnik w razie kontroli jest potencjalnym przestępcą i musi udowadniać, że jest niewinny (i gdzie tu zasada domniemania niewinności?) a pomoc i wyjaśnienia w razie wątpliwości uzyskać jest ciężko bo nawet interpretacje różnych organów co do takiego samego zdarzenia są różne.
Chciałabym powiedzieć: „Na szczęście utworzono Krajową Informację Podatkową!”, jednakże nawet oni sobie zastrzegają, że ich porady maja tylko charakter informacyjny i nie mają charakteru prawnego.
Nic tylko trzeba przyznać słuszność powiedzeniu „Umiesz liczyć, licz na siebie” i walczyć o swoje dobro.

A.

Nie ma powrotu…

Naszło mnie na wspomnienia w związku z rozpocząciem przez moje dziecko kolejnego etapu w życiu… Przyjrzałam się trochę uczniom, którzy wariowali na przerwie a ja wśród nich ledwo co utrzymywałam się na nogach co chwilę szturchana. Ani słowa przepraszam tylko biegli dalej. Czy zawsze tak było? Na pewno zawsze były wariacje na przerwach ale jednak szacunek do osób starszych był… To jednak najmniejszy problem… Ciągłe „kurwa” „goń się cwelu” „zajebię Cię” spwodowało, że dostałam niezłego wytrzeszczu a japa mi się nie mogła zamknąć… Czy ja jestem w odpowiednim miejscu? Dawniej najgorszą obelgą było „Powiem Pani!”… W którym momencie tak dzieci się zmieniły? Gdzie te czasy kiedy zakładało się pamiętniki i skrycie czytało każdy wpis po kilka razy, albo te Złote Myśli, w których odpowiadało się na dziesiątki głupawych pytań. Przeglądając niedawno swoje stare rzeczy w rodzinnym domu znalazłam takie moje Złote Myśli, poczytałam parę wpisów i buzia sama mi się uśmiechnęła. Czy moja Córka za kilkanaście lat też będzie mogła tak wrócić wspomnieniami? Uśmiechnie się czytając odpowiedzi swojej pierwszej miłości na pytania typu: Kto Ci się podoba? Chyba szczerze w to wątpię i zaczynam żałować tamtych czasów… Pamiętam pierwszy nieśmiały uścisk dłoni, a teraz? Będziesz moją dziewczyną? Jak nie to spierdalaj… Co się stało z dziećmi, które wysyłały sobie liściki na lekcji? Przeszły metamorfozę i zastąpiły liściki Facebookiem… A gdzie ten zbijak, czy podchody? Na ich miejsce wkroczyły papierosy i alkohol albo gry komputerowe. To wszystko nie idzie w dobrym kierunku i choćbym nie wiem jak mocno chciała przekazać mojej Córce tamte zchowania to i tak nie ma to racji bytu…  Inne czasy… A przecież nie jestem jeszcze tak stara a tyle się zmieniło…

No i stało się…

Moja Anielica z różkami stała się pierwszoklasistką! Zastanawiałam się jak to będzie, dziwiłam się rodzicom dzieci, które szły do szkoły, że tak panikują a okazało się, że sama panikowałam! Doszło do tego, że w dniu rozpoczęcia byłam chyba bardziej zestresowana niż moja Córka… Ale przeżyliśmy i póki co szkoła to przyjaciel… Ciekawe jak długo tak zostanie. Weszliśmy w kolejny etap życia a ja chyba zaczynam sobie uświadamiać, że to początek końca dzieciństwa mojej małej Córeczki (małej? z racji tego, że to ja jestem mały kurdupel to moje dziecko zaraz mnie przerośnie!). A jaki wniosek? Po pierwsze: zaraz będzie: mamo zostaw, robisz mi siarę! itp Po drugie: trzeba to jasno powiedzieć i stanąć twarzą twarz prawdzie- starzeję się! I nie! Nie chodzi mi o zmarszczki, one mi nie przeszkadzają tylko o to, że czas jakoś tak szybko leci…

Mimo mojej dorosłości to dziś zachowałam się jak dziecko… Stchórzyłam… Przyznam się, że zapisałam się do psychoterapeuty, by pomóc sobie reagować na niektóre sytuacje. Czasem nie potrafię zapanować nad swoimi emocjami, nad myślami, tymi czarnymi a to wywołuje często histerię i niepotrzebne spięcia… Teraz póki co jest dobrze a ja stchórzyłam i odmówiłam wizytę, a to przecież najlepszy moment, żeby nie doprowadzić znowu do sytuacji kryzysowej… A ja, jak typowy Polak pewnie będę mądra po szkodzie i dopiero jak coś się wydarzy znowu się zapiszę… Nikomu nie mówiłam o tej wizycie, chyba mam jakąś blokadę, choć wiem, że to może pomóc. O nie! Umówię się ponownie i tym razem nie stchórzę!

A.

Iskierka…

Nigdy nie trać nadziei….

Bezsilność…

Nic nie rozumiem z tego co się dzieje w moim życiu. Jeszcze przed chwilą jest wszystko poukładane a za chwilę nogi uginają mi się od natłoku problemów. Nie wiem co mam rozbić…
Jeszcze niedawno myślałam, że moje małżeństwo ma właśnie ten dobry okres, że nie mamy cichych dni, jak jakaś sprzeczka to chwilowa, wspólne wypady… Nagle słyszę „nie jest tak samo, nie wiem co się dzieje, nie wiem co czuję, w sumie to nic nie wiem”. Chwilę się patrzę jakby mówił innym językiem, następnie oczy mi się zalewają łzami, bo przecież wszystko wyglądało w porządku. Tzn co? Nie kocha mnie? Chce odejść? Co to wszystko znaczy? Zadała mu te pytanie i usłyszałam tyle sprzecznych informacji, że mój lęk przed dalszym życiem powiększył się diametralnie…
„Kocham Cię, ale już jest jakoś inaczej, nie tak jak kiedyś, nie chcę odejść i nie odejdę ale nie wiem co robić” Itp…
Może to jakiś kryzys? Może mężczyźni tak mają, może tak bywa w małżeństwach a ja po prostu dramatyzuje? Ale skąd mam wiedzieć, w końcu pierwszy raz jestem mężatką i mam nadzieję, że nie będę nigdy rozwódką?
Nie wiem co myśleć, co robić ani jak się zachowywać. Ogarnia mnie smutek i bezsilność… Potrzebuję pomocy :(

Czy moje małżeństwo ma tylko kryzys czy idzie jego kres?

A.

Wszystko co dobre, szybko się kończy…

Mój urlop dobiega końca, od poniedziałku zatopię się w wir liczb i będę liczyć i liczyć i liczyć… Nie powiem, że się cieszę, ale również nie narzekam. Robię to co lubię, może nie koniecznie w takich warunkach i w takim otoczeniu o jakim marzyłam ale jednak praca zgodna z moimi ambicjami. Dlatego też nie narzekam, bo uważam, że u nas w naszym „kochanym” kraju, gdzie po studiach ląduje się w supermarkecie bo liczą się tylko znajomości, ja miałam szczęście. A otoczenie? I to się pewnie z biegiem czasu zmieni, bo nie lubię stać w miejscu tylko realizować plany…

Poza tym czeka mnie i moją córę egzamin. Ufff!! Wyjeżdża na kilka dni bez nas. Pierwszy raz gdzieś dalej i na dłużej niż na dwa dni … Mój Ślubny nie przeżywa aż tak,w końcu to tylko facet. A ja panikuję… Nie wiem co jej spakować, nie wiem co jeszcze jej poradzić, nie wiem jak będzie jej tam wieczorami- bo w domku lata co chwilę i daje ciągle buziaki na dobranoc, a gdy już z łóżka wstawać jej się nie chce to wysyła buziaki powietrzne na głos… A tam nas nie będzie… Chyba jutro wykituję jak zapakuję ją w samochód i będę musiała udawać twardą…

Zapomniałabym… Chciałabym podziękować mojemu Mężowi, który tak często woli siedzieć w domu niż gdzieś wyjść jak córa nocuje u babci, za spontaniczność jaką wczoraj się wykazał. Tak jak dawniej! Mimo porannej pobudki o 5 rano następnego dnia, wpakował mnie do samochodu i pojechaliśmy na wieczorny seans do Multikina. Nie było by to takie fascynujące gdyby nie fakt, że w naszym wypiździewie nie ma mulikina, a miejscowe kino nie było czynne- bo święto … Musieliśmy przejechać niecałe 100 km, do seansu godzina a my dopiero wyruszaliśmy spod domu… Tak po prostu, w pośpiechu złapałam torebkę i w drogę! Obudził się mój lew, nawet jeśli tylko na chwilę, to i tak było warto. Zdążyliśmy na styk, kupiliśmy parę przekąsek i zatopiłam się w kinowym fotelu trzymając mojego lwa za rękę… Może to efekt tego, że do południa mieliśmy rodzinny wypad do zoo i obserwowaliśmy lwa jak dba o swoją lwicę :P (Naprawdę fascynujący widok, mogłabym jeżdzić do tego zoo tylko po to by godzinami siedzieć i obserwować te wspaniałe i dostojne zwierzęta). Wróciliśmy jakoś po pierwszej w nocy więc snu pozostało niewiele… Dziękuję…
Odwdzięczę się… Już się zabieram do robienia naleśników z jagodami ;-).

Zdrada ciąg dalszy…

Przypomniała mi się pewna historia z życia wzięta. Jest dowodem jak zdrada wkrada się w nasze życie. Znajomi, małżeństwo od ok 25 lat, może nawet dłużej, a fikcją chyba od 6… Wyobrażacie sobie żyć w takim związku? Zdradzania się wzajemnie a przed ludźmi udawanie, że jest ok. Udawanie nawet przed sobą wzajemnie że niby nic, a jednak się unikają… Mieszkają razem, piją razem codziennie rano kawę, razem jeżdżą na wakacje, razem i razem… a osobno śpią bo od tylu lat nie ma już pożycia. On się nią brzydzi bo kiedyś zdradziła, ona teraz rozpacza bo on teraz zdradza… Istna paranoja… Dzieci dorosłe, więc to nie one trzymają ich razem… Wspólne biznesy? Kredyty? Nieruchomości? Już prawie odszedł do 20 lat młodszej, ale jednak wrócił i miało być lepiej. Ząb za ząb, oko za oko i wszystko miało wrócić ale nie wróciło… Teraz wyjeżdża na delegację i każdy wie jaka to delegacja ale również każdy milczy… Ich sprawa, jeśli tak potrafią… Wiem tylko, że oboje jako znajomi są bardzo sympatyczni, bardzo gościnni i gdyby ktoś nie wiedział co się między nimi dzieje powiedziałby, że małżeństwo idelane… Pozory mylą…

Złoty środek?

Niesamowite jak mi pomogło przelanie moich emocji na ekran laptopa, blog chyba jednak pomaga? Zebrałam się w sobie, ogarnęłam mieszkanie i od razu lepiej się czuję. Oczywiście mieszkanie nadal nie wygląda tak jak bym chciała ale na niektóre rzeczy nie mam wpływu… Meble są za mało pakowne żeby nie było naciapane tu i tam. Plany mamy je zmienić, zarówno w salonie jak i w sypialni ale to są póki co plany, więc nie pozostaje mi nic innego jak na to przymykać oko ;).  Kuchnia pozostawia wiele do życzenia bo tu również meble są wiekowe ale to sama sobie jestem winna bo gdy się wprowadzaliśmy mój Luby chciał je zmienić a ja uparłam się, że one są przecież takie cudowne! Mają swoją historię, przetrwały pożar co widać po lekko zaciemnionej górze i są drewniane a nie żadne tam SKLEJKI! No i mam, ładne są, ale rzeczy to tam się mało mieści. Same półki, półeczki a szafek zaledwie parę. Więc i one idą do wymiany za jakiś czas :). Bo owszem, gdy były jeszcze niezapełnione wyglądały cudownie, gdy jednak nabrały „parę” rekwizytów i wszystko w większości leży na odkryciu to straciły swój urok…

Ale zboczyłam z tematu! Otóż czuję się lepiej, piszę szybko posta, zaparzam kawę i lecę szybko do ogródka z książką w ręku rozkoszować się słońcem… Sama, bo Luby śpi. A niech śpi…

Zatem może blog to faktycznie „złoty środek”? ;)

A.

Czasami dopada i mnie…

Jak każda kobieta i ja czasem mam gorsze dni. Dziś jest taki właśnie depresyjny dzień… Doprowadza mnie wszystko do szału, chcę gdzieś wyjechać bo urlop już na półmetku a ja nic ciekawego nie robiłam bo ciągle deszcz, deszcz i deszcz… Dzisiaj zaświeciło słońce, moja druga połowa ma dzień wolnego więc miałam ochotę gdzieś wyjechać. Chociażby na wieś pooddychać trochę świeżym powietrzem. Ale przecież to by było za piękne… Mąż nie chce bo czuje się chory. Owszem, wczoraj  był chory, cały dzień po nocce przespał pod pierzyną, leki zaaplikował, herbatę wypił i dziś wyglądał już całkiem inaczej. Nie chyrla, nie smarka, i żeby siedzieć pół dnia przed kompem to ma siły i czuje się zdrowy. Ale wyjść gdzieś? O nie! A ja mam dość siedzenia w tym domu i patrzenia jaki tu ciągle panuje nieporządek. W takie dni jak ten dobija mnie to jeszcze bardziej. Czuję złość, że nie potrafi u nas zapanować porządek chociaż jeden dzień, że mogłabym sprzątać i sprzatać, czego robić nie lubię, a na drugi dzień będzie to samo! Na co dzień mnie to nie drażni, ale dzisiaj mnie dobija. Czuję jakbym miała depresję i to taką mega! Czuję złość chyba do samej siebie, że nie mam dziś sił zebrać się w sobie i sprzątnąć całe mieszkanie i mieć satysfakcję, że chociaż przez moment jest tu czysto! Nie mam ochoty, najzwyczajniej w świecie nie mam ochoty bo sprzątanie to czynność pochłaniająca dużo mojej energii, a ja nie miałam gdzie jej nabrać, bo ciągłe przygnębiające siedzenie w domu, z krótkimi wypadami do miasta, bo pogoda zrobiła swoje, wcale mnie nie napełniło energią… Okropne uczucie bezsilności!

Niech mnie ktoś kopnie w du…, tzn w cztery litery to może się w końcu pozbieram!

A.

Urlopowo, niezbyt kolorowo…

Teoretycznie urlop od jutra, choć praktycznie już rozpoczęty bo w końcu weekend. Oczywiście nie może być idealnie i jak tylko skończyłam pracę w piątek to zaczął padać deszcz. Co prawda czasem słońce przyświeci ale na leżenie na plaży to za mało… Ale to typowe zjawisko w trakcie trwania mojego odpoczynku… Domyślam się nawet czemu tak się dzieje… Natura nie jest w stanie znieść twórczego nieładu u mnie w domu i w ten sposób zmusza mnie bym z braku chęci wyjścia z domu wzięła się za porządki. Nie, nie, ze mną nie będzie tak łatwo, mam urlop by odpocząć a nie się trudzić od pierwszego dnia i nawet natura mnie do tego nie zmusi tak łatwo! Po sobocie i niedzieli stwierdzam, że wymiękam, sterta prania która świeciła swoimi kolorami zniknęła, a w zlewie nie ma póki co wiecznie zalegających naczyć, o które trwają ciągłe przekamarzania. Jutro pewnie kolejne rzeczy zostaną uporządkowane i jak tak dalej pójdzie, to do końca urlopu mieszkanie będzie czyste na błysk. Sama nie wierzę w to co piszę, u nas nigdy nic nie będzie na błysk! Jedno pomieszczenie ogranięte, to drugie w tym czasie się zapełni. Ale już dawno doszłam do wzniosku, że mieszkanie jest do mieszkania a nie na pokaz! W końcu trzeba siebie jakoś wytłumaczyć…

Proszę tylko pogodo polepsz się bo moja Anielica długo tak nie wytrzyma i musi mieć gdzie wyładować swoją energię. W innym przypadku ucierpię ja, moja praca włożona w ogarnięcie naszego gniazda i mój mąż, który będzie skazany na moje zrzędzenie… A to nie jest miłe doświadczenie, bo swojego zrzędzenia to nie wiem nawet czy ja bym wytrzmała na jego miejscu…

A.